Na początku obrad radny Kuciński, który pewnie jeszcze nie spodziewał się takich tłumów, pytał burmistrza, na ile osób, zgodnie z projektem technicznym, jest przewidziana sala, gdzie trwają sesje. Pytał również przewodniczącą, czy jest pewna, że zwołując obrady w tym miejscu, spełnia wszystkie wymogi i przepisy bezpieczeństwa takich zebrań.
Wówczas jeszcze, można napisać, że było luźno. Radny naliczył w sumie około 60 osób. Im bliżej było dyskusji na temat działania miejskich przeczkoli* (sic! – dalej będziemy pisali już poprawnie – red.) tym tłok na korytarzu robił się większy.
Co to jest do diaska to ,,przeczkole”? – zastanawiałem się, słysząc ten obcy mi wyraz kolejno z ust naszych samorządowców, niejednokrotnie polonistów. Po krótkim namyśle i zerknięciu w program obrad pojąłem, że chodzi im o PRZEDSZKOLE(!), czyli miejsce nauki samodzielnego zakładania bucików, wiązania sznurówek, obiadków i ulubionej pani… Acha, takie uproszczenie wynikające z trudności wymówienia połączenia głosek –dsz. Jednak czy to słynne już ,,przedsz(cz)kole” to taki skomplikowany wyraz dla naszych decydentów? To tak na marginesie, wracamy do rzeczy.
Jak słyszeliśmy, nikt nie przypuszczał, że temat miejskich przedszkoli może przyciągnąć do ratusza tak wiele płońszczanek...
Niektóre kobiety zainteresowane bezpośrednio sprawą czekały wytrwale pod salą kilka ładnych godzin. Wszak miały zacząć ważyć się losy ich pociech oraz pracy. I się wreszcie doczekały. – Może przynieśmy jeszcze krzesełek – apelował radny Aleksandrowicz, widząc ścisk w sali jak i przed nią.
- Przepraszam za takie zamieszanie, ale nikt z nas nie przypuszczał, że tyle osób przyjdzie. Nie podejmujemy dziś żadnych decyzji odnośnie przedszkoli. Dzisiaj natomiast rozpoczynamy dyskusję o oświacie, m.in.: przedszkolach – zaczął burmistrz Płońska. Dziennikarze raczej spodziewali się takiej frekwencji. Poczta pantoflowa w Płońsku, jak widać, ma się całkiem dobrze.
Zeszła lawina...
- Jeśli będzie trzeba konsultacje odbędą się w sali kina, żeby wszyscy mogli usiąść. Naszą intencją nie jest to, aby było ciasno i czuli się państwo niekomfortowo – tłumaczył Andrzej Pietrasik, który wyjaśniał pokrótce skąd punkt 18-ty trafił na sesję. – W wielu miastach mają miejsce podobne dyskusje i działania. Przyczyna jest prosta. Boimy się, że załamią się finanse miasta z tytułu, iż nie dostajemy pełnego pokrycia na wydatki, które musimy w ramach zadań własnych realizować - stwierdzał dalej. – Na podwyżki dla nauczycieli w szkołach dostajemy subwencje jakie przyznaje państwo, a na podwyżki dla nauczycieli w przedszkolach nie dostajemy ani złotówki. W efekcie lawinowo rosną koszty funkcjonowanie przedszkoli, zmniejsza się liczba dzieci, przybyły przedszkola niepubliczne, na które miasto wydaje około miliona złotych – dodawał między innymi Pietrasik. – Chcę zapewnić publicznie, że bez względu na efekt dzisiejszej debaty, moi współpracownicy i radni będą kierowali się tylko dobrem miasta. Szukajmy kompromisu jak te wszystkie sprawy pogodzić i rozwiązać. Nie mam nic do ukrycia, wszystko, co robimy jest jawne – deklarował burmistrz.
W dalszej części dyrektor Katarzyna Mikołajewska z wydziału polityki społecznej urzędu miasta omówiła na slajdach szczegółowo płońską oświatę jako materiał do dalszej dyskusji (prezentację znajdziecie tu). Mówiła o czterech wariantach przekształceń przedszkoli publicznych w niepubliczne, które mają dać miastu oszczędności. W jednej z opcji mają zniknąć stołówki a ich miejsce zajmą firmy cateringowe. Co stanie się z kucharkami wiadomo. Ostatni slajd nosi tytuł: Co robimy?
Radny Tucholski poruszył wiele aspektów sprawy z płońskimi przedszkolami. Bożena Dzitowska natomiast chciała więcej konkretów. Rodzice i pracownicy w skupieniu obserwowali dyskusję samorządowców.
... i tylko, żeby nie spadła na rodziców
– A co z dostępnością do przedszkoli? - pierwszy zabierał głos radny Krzysztof Tucholski, omawiając proponowane warianty. - W publicznych są zasady – mieszkańcy Płońska mają pierwszeństwo, a później będzie to zwykła działalność gospodarcza – nie wiadomo, kto będzie ustalał kolejność przyjęć. Kto będzie pokrywał wszelkiego rodzaju remonty? Podejrzewam, że też spadnie to na rodziców. A co będzie, jeśli po miesiącu działalność padnie? – pytał, wskazując jednocześnie na wyższe stawki żywieniowe za catering. – Poza tym uważam, że każde miejsce pracy jest w tej chwili w Płońsku na wagę złota bo nieraz pani kucharka, która tam pracuje ma na utrzymaniu czteroosobową rodzinę. Zdajmy sobie z tego sprawę – dodawał, a w tym momencie na twarzy jednej ze stojących przy ścianie kobiet pojawiły się łzy.
Radny Zygmunt Aleksandrowicz uspokajając rodziców i dyrektorów przedszkoli, przytaczał zapis z karty nauczyciela. (…) Zawiadomienie o zamiarze likwidacji przedszkola rodziców i dzieci oraz kuratora musi się odbyć w nieprzekraczalnym terminie sześciu miesięcy od rozpoczęcia nowego roku szkolnego (…). Tak więc podejrzewam, że likwidacje w tym roku nie nastąpią, ale ze stołówkami może być różnie.
Jak w powieści Dąmbrowskiej
Aleksandrowicz zwracał też uwagę, odnosząc się do analizy swoich zapisów, że utrzymanie jednego przedszkolaka rocznie, w 2011 r., wyniosło około 10 tys. złotych. – Podzieliłem to na 365 dni, żeby zobaczyć jaki jest to koszt dzienny – kontynuował. – Ale tak się nie liczy – usłyszeliśmy zaraz z biurka, za którym zasiada prezydium wespół z burmistrzami. – Płace nauczycieli są całym rokiem, dachy, rynny niszczeją całym rokiem, czy w wakacje nauczyciele nie są płatni, tak więc nie róbmy ,,ściemy” dla rodziców i dyrektorów – dodawał poddenerwowany Aleksandrowicz. – Wyszło mi za dzień 27,50 zł od jednego dziecka. Za miesiąc to jest 825 zł. – Jeszcze noce… - padło z sali. – Może i noce… i dnie też – odniósł się do tego radny, który stwierdził też, że procentowy udział miasta w utrzymaniu przedszkoli (75 proc.) w stosunku do wkładu rodziców (25 proc.) się utrzymuje. Z wyliczeń radnego Aleksandrowicza wyszło, że dla 100 tys. zł mają być robione powyższe przekształcenia. – To demagogia – skwitował burmistrz Płońska.
Wyliczenia radnego Zygmunta Aleksandrowicza
Do wypowiedzi Zygmunta Aleksandrowicza odniosła się Teresa Kozera. – Rodzice ponoszą koszty za faktyczną obecność dziecka w przedszkolu. Nie przyprowadzają dzieci w święta, soboty, niedziele, często też w wakacje i ferie a także częściowe opłaty za przygotowanie posiłków – stwierdzała wiceburmistrz. – Wszystkie pozostałe koszty, dotyczące pensji pracowników w czasie wakacji, urlopów, pod nieobecność dzieci w przedszkolu, ,,trzynastki”, różne nagrody, ZUS-y to są wszystko koszty ponoszone przez samorząd.
- Panowie nie wzięliście odpowiedzialności za budżet, również w części przedszkoli – zwracał się do Aleksandrowicza i Tucholskiego Pietrasik. – W związku z czym wasze dobre słowa są bez pokrycia. Pozostawiliście mnie na lodzie – stwierdzał burmistrz.
Coś o korzyściach
Radnej Irenie Ziemińskiej Olszewskiej, jak przyznawała, szkoda byłoby już istniejącej kuchennej bazy, dobrze wyposażonej. Pytała ponadto jakie korzyści dla rodziców będzie miało utworzenie niepublicznego przedszkola. W tej chwili wiceburmistrz zaczęła opowiadać jak prywatyzacja placówek opiekuńczych przebiega w ponad 100-tysięcznym Kaliszu. – Pani wiceburmistrz, my jesteśmy w Płońsku. Pytamy się o korzyści dla rodziców – wtrącił Tucholski. – Wyznaję zasadę, że lepiej uczyć się na cudzych sukcesach niż na własnych błędach – przyznawała Teresa Kozera. – Jakie korzyści? Dzieci chodzą do tych samych przedszkoli, korzystają z tych samych sprzętów, z tego samego ogródka, rodzice płacą takie same kwoty… Dla rodziców nic się nie zmienia – zapewniała. – Nie wiem, którą wersję przyjmiemy… – dodawała. – Żadną – rzucił Krzysztof Tucholski. – W żadnym wariancie nie pozbywamy się majątku – wtrącał burmistrz.
Burmistrz Andrzej Pietrasik mówił między innymi o porzuceniu demagogii, a wiceburmistrz Teresa Kozera na dłuższą chwilę wybrała się na Wysoczyznę Kaliską (fot. Dawid Turoweicki)
Radna Bożena Dzitowska sugerowała, żeby o oszczędnościach mówić kompleksowo. – Taką prezentację powinniśmy otrzymać do wszystkich jednostek miejskich – apelowała, dodając, że to ile osób przyszło na sesję, wynika ze społecznej niewiedzy. – My też jako radni jesteśmy zagubieni bo te warianty nie niosą za sobą żadnych konkretnych informacji, dotyczących długofalowych skutków dla rodziców i dzieci. Materiał do dyskusji nie jest kompletny – dodawała, przyznając, że podczas prac komisji nie było dyrektorek przedszkoli. Dzitowska prosiła szefowe placówek o zdanie na temat proponowanych zmian.
- Chyba pomyliła pani kolejność. To rada najpierw miała przedyskutować czy w ogóle coś zmieniamy, czy też nie – ,,studziła” radną przewodnicząca Jolanta Mikołajewska. – Powinniśmy odpowiedzieć dziś na pytanie: czy jest tak cudnie w przedszkolach i szkołach, czy robimy jakieś modyfikacje. A sesja nie jest miejscem, aby prowadzić tak burzliwą dyskusję, która do niczego nie wiedzie.
Koniec kropka, ale tylko na razie. Dyskusja trwała jeszcze ponad godzinę, a co najważniejsze przegłosowano wniosek w sprawie konsultacji społecznych, które mają być zakończone wypełnieniem ankiet przez rodziców. Do sprawy oczywiście będziemy wracali…
Dawid Turowiecki
Portal nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Komentarze wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo i regulamin będą usuwane.